Miejsca

Takie syry, panie!

23 marca 2013 • By

Najpierw stałam w kolejce po chleb. Potem w kolejce po jajka. Potem odstałam swoje przy stoisku z serem. Wiosna (w końcu trwa już od kilku dni, czyż nie?) napierniczała mrozem. Myślałam, że mnie szlag trafi.

Wróć, wcale tak nie myślałam. Kilka stopni poniżej zera co prawda dawało w kość, ale słonko przyjemnie świeciło w paszczę, więc nie było tak źle. Poza tym stałabym w tych kolejkach nawet gdyby rzucało żabami albo padał grad wielkości strusiego jaja. Bo podobnie jak w setkach prażaków w sobotę rano budzi się we mnie instynkt łowcy i ruszam na farmerskie targi. Bo rzucili świeży nabiał, warzywa i jadalny chleb, który nie jest “mraženým polotovarem”. Bo zakupy w tescopodobnych babilońskich tworach powodują we mnie na przemian ataki paniki, rozpaczy i nienawiści. Bo wolę, kiedy jedzenie ma smak, niż kiedy wywołuje niesmak.

A na targach tłum i kolejki niczym za komuny, kiedy do osiedlowego sklepu przywieźli papier toaletowy. Ale atmosfera zgoła odmienna. Miks kolorów i zapachów pieści oko i nozdrza, gdzieś pogrywa klezmerska kapela. Gospodarze kroją, ważą, pakują, zachwalają.Sery, jajka, pieczywo, mięcho, przyprawy, wina, warzywa, ciasta. Ślina cieknie, aż się na niej poślizguję.

Farmerskie targi od kilku lat w czeskiej stolicy robią większą furorę niż Gangam style na youtubie. Od wczesnego przedwiośnia do późnej jesieni w kilku miejscach w Pradze stoiska ze swoimi dobrami rozkładają lokalni farmerzy. I przyciągają tłumy. Trudno się dziwić, w końcu “takie syry, panie, tylko u gospodarza!” Sprawdzone na własnym, umęczonym studenckim żywotem, żołądku. A myślę, że czeskie żołądki są jeszcze bardziej umęczone.

Zastanawiam się, czemu fenomen takich targowisk nie zawitał do Polszy. W końcu to zdrowe, modne i chyba nawet hipsterskie. Co prawda istnieją slowfoodowe inicjatywy typu “Kupuj lokalnie” czy okolicznościowe jarmarki. Ale żeby regularne targowiska, gdzie rządzą zupełnie true farmerzy, a ludzie chodzą specjalnie po “najlepsze jaja w mieście”? Kuba twierdzi, że w Polsce nie ma takiej potrzeby, bo jadalne i świeże produkty można kupić w sklepie albo na targu. Kuba chyba nie jest zbyt obiektywny, bo go przekupuję pierogami i bigosem, ale może coś w tym jest. Może faktycznie wszystko, co skażone i złe jest w Polsce przeznaczone na eksport:P

Farmerskie zakupy uzupełnione o świeżą bazylię zdobytą u sąsiedniego Wietnamczyka (Ten sklep jest niesamowity: na 40m2 można znaleźć wszystko od marynowanego czerwonego pieprzu po ręczniki frotte. To nie sklep, to Narnia.) wprawiły mnie w doskonały nastrój. Udało mi się nawet przerobić nieudaną zupę cebulową na nie najgorszą pomidorówkę (sic!) i nie wkurzyć się za bardzo na piekarnik (przecież nie na siebie) za przypalone ciasto. (Btw. ktoś wie, jak obsługiwać piekarnik, który zamiast gałki z temperaturą ma gałkę z liczbami od 1 do 8??).

Nie udało mi się za to dopisać ani słowa do magisterki. Ale nic to, noc jest długa. Czy raczej: jutro też jest dzień:P