Miejsca

Szur szur

9 listopada 2013 • By

Chaty mają mieć podmurówkę z piaskowca. Bo tutaj zawsze był piaskowiec. A teraz przyjeżdżają ci idioci z miasta i robią podmurówki z granitu. Masz pojęcie? Nie mam. Zielonego. Ale skwapliwie przytakuję, że granit to świętokradztwo. Nasza chata ma podmurówkę po bożemu. Ma też małą kuchnię z dużym drewnianym stołem i kaflowym piecem. Na piętrze łóżka z ciężkimi pierzynami. Na siku trzeba zbiegać po krętych drewnianych schodach. Ponoć powinno się to wszystko zupełnie przebudować. Choć pewnie łatwiej byłoby kupić jakiś ładny, porcelanowy nocnik, ale K. ignoruje moje sugestie.

Ponoć już nie jest tak ładnie, jak dwa tygodnie temu. Drzewa są prawie łyse, czasy liściastego punku mają już za sobą. Ale świeci słońce i nadal pachnie październikiem. Mokre liście pod nogami szur szur szur. Żółte, brązowe, czerwone. Nie wiem, z jakiego drzewa są te czerwone, nic mnie w tej szkole nie nauczyli, cholera jasna. Szur szur. Idzie pani jesień, cośtam w koszu niesie. Kiedyś to się śpiewało, hoho. I ludziki z kasztanów były. A teraz jest ten dziwny ścisk w żołądku, jak przy każdym wspomnieniu z zerówki.

W chacie pachnie żywicą. W nocy wszystko ogarnia najciemniejsza ciemność. Skrzypią gałęzie drzew i deszcz stuka w szyby. Rano zimno szczypie w nos i chciałoby się schować cały świat pod pierzynę. A potem drewno trzaska w piecu, a na stole stoi herbata w socjalistycznych kubkach. W tle mruczy radio Vltava. A czasem jakiś głupek z Frekvence 1 – zależy, w którą stronę wiatr wieje. Telefon nie dzwoni. Telewizor nie działa. Facebook jakoś radzi sobie bez nas. Bryndza zmiękła i można ją rozsmarować po chlebie.

Droga w dół jest stroma i kręta. Mam nie otwierać ust, żeby nie przegryźć języka przy upadku. No, dziękuję bardzo. Wiatr świszczy w uszach i stawia opór, ale jest nawet całkiem ciepły, przyjemnie. Las, las. Wioska. Las, las. Wioska, pole, wioska. Ponoć tu zupełnie nic nie ma. A przecież jest rower i jeszcze: las, las, wioska, las, las, wioska, pole, wioska. Powietrze ma ostry zapach.

A potem wracamy. Tłum porywa mnie z dworca i wciska do tramwaju. Rozpłaszczam nos na oknie. Niby to miasto piękne takie. Niby zamek, metro i most. Ale jakoś nie pachnie. Wcale. Nawet gnojówką.