Rozkminy

Don’t (small) talk to me

15 grudnia 2015 • By

Nie jestem mistrzem small talku. Z większością obcych ludzi nie mam o czym rozmawiać. Ratuje mnie moja –  nazwijmy to – emigracja. W Czechach tematem rozmowy jest Polska (katolicy, Gottland Szczygła, oddajcie nam Śląsk Cieszyński), a w Polsce oczywiście Czechy (piwo, krecik, szmatyczku na patyczku, czy trawę można kupić również w spożywczym). Ewentualnie możemy zgodnie z etykietą ponarzekać na pogodę.

Dość często jednak zagadują mnie obcy na ulicy. Wtedy nie ma ratunku. To nie jest small talk, to jakaś dzika słowna kowbojka. Któraś część mojego jestestwa wysyła niechciany sygnał do okolicznych świrów: mów do mnie, nie każę ci się odwalić. Bo nie każę. Nie umiem. Zero asertywności w tym temacie. Dlatego to mnie w tramwaju wybierze na powiernika każdy pijaczyna. I to mnie zdarzają się takie historie. To właśnie ze mną chce poćwiczyć bezdomny, kiedy biegam w parku. To mi brzuchaty właściciel cyrku opowiada na poczcie o seksualnym pożyciu z żoną akrobatką. I to mnie zaprasza na kawę jakiś dziwnoczłowiek, bo “mam fryzurę zupełnie jak ze StarTreka”.

Prawdziwą gehennę przeżywam jednak w taksówkach, u wszelkiej maści lekarzy i innych fryzjerów. Najsympatyczniejszy z nich wszystkich wydaje się być dentysta, którego podczas wizyty zadowoli lakoniczne “Yhyyy” jako uniwersalna odpowiedź na każde pytanie. A ja mogę przy dźwiękach wierteł analizować plamy na suficie. Wszyscy pozostali chcą mówić, pytać, żądają odpowiedzi. Tak jakby umawiając się na wizytę oprócz standardowych opcji: badanie krwi / moczu, masaż tajski / klasyczny, strzyżenie / farbowanie, nie można było dodać możliwość milczenie / rozmowa o dupie maryny.

I kiedy tracę wszelką nadzieję, kiedy godzę się z myślą, że wymuszone pogawędki są nieuniknione niczym błoto w listopadzie… dowiaduję się, że gdzieś w Wielkiej Brytanii jest salon fryzjerski jak ze snów. Salon, w którym można się ostrzyc bez konieczności zawierania przyjaźni z fryzjerem. W którym nikt nie pyta klientów, co tam słychać. Nikt nie zmusza ich do kurtuazyjnej paplaniny. Żadnego pierdu-pierdu ani pitu-pitu. Słychać tylko wymowne “ciach-ciach!”

Świat jednak zmierza w dobrym kierunku.